Logo

Logo

Social

Zgodnie z zarządzeniem Starego Mistrza Nowy Brat rozpoczął trenowanie zaraz następnego dnia. Na początek nie czekały go epickie trudności. Plan ćwiczeń nie przewidywał wyzwań, którym Trzeci nie mógłby sprostać, a to zaowocowało jego szybkim popadnięciem w rutynę zajęć i wpasowaniem się w panujący porządek. Wstawał wcześnie rano, mył się, jadł śniadanie z braćmi, następnie pozwalał się zabrać przez Starego Mistrza na treningi, na których przyszło mu dużo biegać, skakać i wyginać ciało we wszystkie możliwe strony. Rozciąganie mięśni łączyło się z bólem stawów i kości. W tak młodym wieku niespełna kilku letnie dziecko doświadczało przykrości zawodowego cyrkowego akrobaty. Posiadał w sobie jednak tony niespożytej energii, rywalizacja i chęć doścignięcia braci, którzy wyprzedzali go o parę lat, dopingowała go w większym staraniu się o względy Mistrza. W jego żywioł prędko wpisała się pogoń za uznaniem.
Gdy dopadało go przedwczesne zmęczenie, lub zapominał wykazać się dyscypliną, poznawał mroczniejszą stronę Starego Mistrza. Ogłada ulegała zmianie na bezlitosną surowość. W ciągu roku malec nazbierał tyle cięć po laniu bambusowym kijem oraz długo gojących się siniaków, co żołnierz w czasie wojny. Mistrz bił go po stopach, gdy nie chodził bezszelestnie, tworząc na nich piekące, czerwone szramy; ranił też ramiona, kiedy nie dawał rady czegoś podnieść; rozsiewające się na nich purpurowe plamy wyglądały jak wysypka. To jednak hartowało jego ducha i ciało, które z każdym kolejnym rokiem stawało się silniejsze. Pod naciskiem uderzeń, skóra i kości twardniały, rosnące mięśnie miały stać się nierozerwalne.
Malec doskonale wiedział, jaki ból będzie go czekać na treningach. Dashi wielokrotnie go przestrzegał. A jednak okazał się zupełnie nieprzygotowany psychicznie. Niemalże każdego wieczoru wracał do pokoju zalany łzami. To, co hamował w sobie podczas ćwiczeń, znajdowało ujście po cienką kołdrą. Poduszka przyjmowała każdy wylany żal. Zbyt padnięty zawsze, by myśleć o niesprawiedliwościach, zasypiał pogodzony z faktem, że kolejny dzień przyniesie te same trudności, co poprzedni.
W Dashim mógł zawsze odnaleźć wsparcie, Guan z kolei swą krytyką poruszał w nim wrażliwe struny w sposób, który nie pozwalał mu się poddawać.
W przerwach między treningami a posiłkami, Trzeci uczył się czytania oraz pisania. Ile tylko wolnych godzin znajdował, tyle spędzał w bibliotece, zwanej skarbnicą wiedzy, chłonąc każdy dar spisany tekstem. Zazwyczaj pomagał mu Dashi, wyćwiczony w sztuce czytania do perfekcji. Nauczył go znaków, z których potem przepytywał go Stary Mistrz. Stary również czuwał nad edukacją chłopca. Gdy ten przysypiał, lub wpadał w zamyślenie, Mistrz pojawiał się znikąd ze swoją bambusową laską i łajał go za karę. Pewnie każdy dzieciak wolałby w tym wieku robić wszystko inne, aniżeli czytać i pisać trudne do zapamiętania, jak i przyswojenia teksty, nieraz wypełnione tak plastycznych i poetyckim językiem, że nie jeden mędrzec godzinami mógłby się nad nim pochylać, tak nic nie było w stanie zwolnić Trzeciego z obowiązków. Czy to niedyspozycja, czy zwykła ludzka niestrawność, chłopak był skazany na nieprzerwaną naukę i ćwiczenia, bo od losu jego szkolenia, zależała jego przyszłość. Każdy krok zostawia bowiem ślad.
Złożona obietnica, spełnione wyrzeczenia i myśl o marzeniach prześladowały Trzeciego nocami w postaci koszmarów. Lata mijały wolno, niczym jesienny deszcz. W wieku ośmiu lat, Trzeci znał ponad tysiąc trzysta tekstów, przepisał siedemset pięćset zwoi, posmakował wiedzy z zakresu obyczajowości, społeczności, medycyny, filozofii, historii, sztuki, malarstwa i poezji, wojskowości, polityki, a także legend i mitologii. Można rzec, że klasztor uczył go jak uczeni są cesarzowie. Dwie ostatnie dziedziny interesowały Trzeciego najbardziej. Szczególnie przypodobała mu się opowieść o Ośmiu Nieśmiertelnych, oraz o Nefrytowym Cesarzu, który stworzył znaki zodiaku. W księgach o Nefrytowym Cesarzu znalazł przypowieści o Czterech Smokach: Żółtym Smoku, reprezentującym Rzekę Żółtą, Długim Smoku z Rzeki Yangtze, Czarnym Smoku oddanemu Rzece Amur oraz Perłowym Smoku patronującego Rzece Perłowej. Sprawowały pieczę nad żywiołami, a za parę set lat odrodziły się w czwórce wybrańców.
Wśród bajek i nauki, Trzeci poprzysiągł sobie, że gdy tylko będzie starszy i mądrzejszy, przeczyta raz jeszcze dogmaty taoistyczne i spróbuje lepiej je zrozumieć.


Nowy Brat starał się iść naprzód, nie bacząc na przeciwności losu. Mimo przeczucia w sennych koszmarach, jakoby wszechświat nie chciał, aby szkolił się na smoczego wojownika, pozyskiwał wiedzę oraz siłę niezbędną do udowodnienia swej wartości. Wkrótce marzenia o byciu kimś wielkim zawładnęły nim tak bardzo, że przed snem zdarzało mu się zapomnieć odmówić modłów. Z rękami założonymi za głową godzinami wpatrywał się w sufit, wyobrażając sobie niebo i utkane na nim konstelacje gwiazd, pełne historii o przodkach i poległych wojownikach. Choć historie te były fascynujące, Trzeci nie marzył o tym, aby do nich dołączyć. Jego myśli już w wieku młodzieńczym krążyły wokół czegoś innego, opiewanego wciąż zagadką, oraz mrokiem.
W wieku dziesięciu lat zaczął intensywniej rozglądać się za imieniem dla siebie. Listy nazwisk były długie, a ich znaczenia jeszcze bardziej różnorodne. Poszukiwania trwały długo, lecz nie można powiedzieć, że towarzyszyło im jakiekolwiek cierpienie. W tym okresie bowiem, Trzeci nie tylko stał się adeptem, ale również zmienił swoje nastawienie do nauki. Przestał całkiem przysypiać na lekcjach, a po opanowaniu sztuki czytania, wpadł w nałóg długiego przesiadywania w bibliotece przed stertą starożytnych zwojów, które inspirowały go swoją wiedzą i tajemnicami. To właśnie w nich odnalazł wskazówki, co do wyboru dla siebie imienia.
Dashi, a nawet Guan, czekali z niecierpliwością na nowinę, którą miał im wreszcie obwieścić. Tylko Stary Mistrz wykazywał się w tej sprawie ogromną cierpliwością. Gdy Trzeci zostawił w spokoju księgozbiory pamiętnego dziewiątego dnia dziesiątego miesiąca roku pięćset dwudziestego drugiego, zarówno Mistrz, jak i bracia oczekiwali go w pomieszczeniu biesiadnym.
Zjawił się z oczami opuchniętymi jak nasiąknięte wodą gąbki, oraz z tremą wymalowaną na twarzy w postaci trupiej bladości. Oprócz braci, Trzeci dostrzegł ukrytego w sieni po drugiej stronie pokoju Mistrza, który czuwał zawsze wtedy, gdy miało rozgrywać się coś ważnego. Instynkt Tygrysa był w nim silny. Na jego widok, nogi przykleiły mu się do podłogi jak na lakę i nie pozwalały iść dalej. Poczuł większy strach, co było dla niego niezrozumiałe. Był pewien wybranego imienia, tak jak można być pewnym koloru dobrego śniegu.
– No? Chcesz nam coś powiedzieć, czy nie? – ponaglił Guan.
– Znalazłem dla siebie imię – powiadomił Nowy Brat.
– Najwyższa pora. Długo to trwało.
Trzeci puścił tę uwagę mimo uszu. Wydął dumnie pierś do przodu i powiedział:
– Od dziś mam na imię Chase! Tak mnie od dzisiaj wołajcie!
Dashi, który choć z początku zmarszczył brwi, podobnie jak Guan, zaczął entuzjastycznie klaskać. Guan nie poszedł w jego ślady, tylko ruszał wargami, powtarzając tę dopiero co usłyszaną osobliwą nazwę. Nie brzmiała najlepiej w jego uszach.
– Dziwne to imię. Takie jakieś… fikcyjne. Brzmi, jakby ktoś miał kichnąć. Skąd je wziąłeś? Potrafisz je w ogóle zapisać?
– Potrafię, składa się z bardzo prostych znaków – odparł Chase, znów udając, że nie słyszy kąśliwych docinek. – Ale tak, jest dość fikcyjne. Przekształciłem imię jednego wojownika-mędrca i wyszło mi coś takiego. Uważam, że to fajne imię.
Guan wybuchł gromkim śmiechem.
– To dobre imię – zgodził się Dashi. – A jeśli nawet teraz brzmi dziwnie, to jestem pewien, że za jakiś czas będzie bardzo normalne. Może nawet popularne.
–Oby nie! – zawył Chase.
– Głupie to imię – ciągnął bezlitośnie Guan. – Psa bym tak nazwał, ale żeby siebie?
– Sam masz imię jak dla psa!
– Jest tyle imion na świecie, a ty postanowiłeś sobie pobawić się w nazewnictwo – nie ustępował Guan. – Nic dziwnego, że tyle czasu ci to zajęło. Jak dla mnie głupota. Mogłeś się nazwać normalnie, jak Lee, czy coś.
– Te imiona prawie nic nie znaczą – mruknął Chase. – Znaczy się… znaczą wiele, nie jeden wyraz, ale co z tego, skoro są tak pospolite, że nudne? Moje imię, skoro mam przeżyć wieczność, musi być wyjątkowe. Musi brzmieć świeżo w każdym stuleciu.
– Tia… A jak nie dożyjesz nieśmiertelności, to umrzesz jako Dziwak – stwierdził Guan. – Człowiek o dziwnym imieniu.
Chase denerwował się coraz bardziej.
– Zamknij się już, dobra? Zazdrościsz mi.
– Niczego ci nie zazdroszcze, bałwanie!
– Właśnie, że tak! Inaczej byś się mnie tak ciągle nie czepiał. Masz problem, bo jestem od ciebie lepszy, grubasie!
– Ty szczekający bękarcie…!
– Uspokójcie się wy dwaj! – zareagował Dashi, stając między skłóconymi braćmi.
Niespodziewanie Stary Mistrz oderwał się od ściany, do której wcześniej przykleił się jak skradający się robak. Podszedł do mnichów, przede wszystkim zwrócił się do Chase’a. Położył mu twardą, szorstką dłoń na ramieniu. Mimo wieku, dłoń była wielka, znacznie większa niż bark chłopca. Mimo wieku, zdawała się płonąć ciepłem drzemiącej w niej w sekrecie siły.
– Moje gratulacje. Raz jeszcze witam cię w klasztorze, młody wojowniku o imieniu Chase.


Przysłowie mówi, że kto szuka przyjaciela bez wady, pozostanie zawsze bez przyjaciela. Chase wchodząc w okres młodzieńczy, zaczynał czuć się coraz pewniej i silniej. Bardzo chciał trenować wspólnie ze starszymi braćmi, mimo sprzeciwu Starego Mistrza. Były momenty, kiedy zrezygnował z własnego dnia wolnego i wpadał na trening do Guana i Dashiego.
– Patrzcie, kogo tu przywiało. Smarka! Żłobek jest z drugiej strony – docinał Guan już na wstępie.
Stary Mistrz na widok Chase’a na polu treningowym z torem przeszkód postanowił dać mu szansę. Widząc jego zapał i energię, zaczął dopatrywać się w nim atutów właściwych wybrańcom, których skrupulatnie poszukiwał. Pozwolił więc młodemu mnichowi przebiec jeden maraton u boku Guana.
Siedzący na murze Dashi kibicował im obojgu. Niestety, choć zarówno nadzieje Chase’a, jak i Starego Mistrza były wysokie, Trzeci odpadł z toru jeszcze na początku. Guan przez następne dni naśmiewał się z jego słabości i wypominał sromotną klęskę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tabs

Chase Young

1500 lat temu Chase Young był jednym z mnichów klasztoru Xiaolin oraz kandydatem na xiaolińskiego smoka. Przeszedł na stronę zła po tym, jak Hannibal Roy Fasolka nakłonił go do wypicia zupy Lao Mang Long. Mikstura zwielokrotniła siły Chase'a i zapewniła mu wieczną młodość, lecz odbyło się to za straszliwą cenę - został on pozbawiony duszy i stał się całkowicie zły. Wkrótce po swojej przemianie Young pozbył się Hannibala, więżąc go w świecie Ying-Yang (w którym miał pozostać uwięziony jeszcze przez półtora tysiąclecia).

Chase'a Younga cechuje duma i wiara we własne umiejętności. Wiąże się z tym również pogarda, jaką żywi wobec innych, uważając ich za słabeuszy. Chase jest prawie zawsze poważny, a błazeństwa Jacka uważa za irytujące.

W odróżnieniu od pozostałych Chase nie jest zainteresowany gromadzeniem Sheng Gong Wu, do których odnosi się z lekceważeniem, wyznając pogląd, iż prawdziwy wojownik powinien polegać na własnej sile.

Mimo że jest postacią negatywną i wielokrotnie manipuluje innymi w dążeniu do celu, kieruje się swego rodzaju kodeksem honorowym, przez co zawsze dotrzymuje danego słowa.
Kimiko Tohomiko
O Kimiko
Heylin & Xiaolin
O Heylnie słów kilka O Xiaolinie słów kilka

Wszelkie zamieszczone na stronie teksty stanowią wyłączną własność ich autorki – Layali. Kopiowanie, zmienianie i rozpowszechnianie tekstów w innych celach niż użytek własny jest zabronione i podlega karze zgodnie z: Dz. U. Nr 24, poz 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
layout by Rinne Lasair