Logo

Logo

Social



Błyszczącym spojrzeniem mędrca objął niebo, na którym dojrzewała noc uchwalona wiecznością w postaci tysiąca gwiazd. Pod boską osłon Niebios, po których krążyły ślady po deszczowych smokach, mężczyzna szedł wolnym krokiem dalej, naciągając brązowy kaptur bardziej na twarz. Prowadziły go konstelacje i zagadki świata. Niczym obieżyświat nie posiadał praktycznie nic, wieczna wędrówka stała się jego życiem.




– Gdybym tylko mógł, usnąłbym już pośród gwiazd.




Mężczyzna przemierzał las położony niedaleko prowincji Henan w bogatym kulturalnie Państwie Środka. Żyjąc na tej ziemi już tyle lat, znał kraj prawie jak własną kieszeń. Znał także wiele historii, barwnych i mrocznych, długich i krótkich, wesołych, oraz krwawych z nieszczęśliwym zakończeniem. Widział wiele osób, dobrych i złych, szczerych i kłamliwych, szlachetnych i egoistycznych, martwych i wiecznie żyjących. Nie miał przy sobie ani złota, ani broni, jego odzienie było lichej jakości, jednak wiedzy i duszy pozazdrościć mu mogli nie byle buddyjscy, jak i taoistyjsci mistrzowie. Podróżował sam, niosąc w sobie tajną, bolesną wiedzę. Zwiedziony blaskiem rozpalonego ogniska i rzuconym jeszcze z daleka zaproszeniem, zdecydował dosiąść się jako grupy do młodzieńców.




Młodych chłopaków było w sumie pięciu, a każdy z nich chował swe dojrzewające i w połowie gołe ciało w brunatnych płaszczach o gryzącej fakturze. Mężczyzna w kapturze poczuł się przy nich starszy bardziej niż czuł się zazwyczaj. Nie podróżował z nimi, ale tak jak oni nosił się z głową ogoloną na łyso, by w mrokach nocy odbijała światła płomieni niczym białka gałka z nefrytu. Ich czaszki dymiły świetlistością jak pochodnie, skutecznie rozsławiając na jak najdalsze tereny lasu wieść, że kryje się w nich najprawdopodobniej buddyjska siła i świętość. Mnisi – tak ich nazywano. Niewątpliwie starszy przybysz miał z grupą młodych mnichów wiele wspólnego. O czym rychło zapragnął im opowiedzieć, mając za świadków jedynie pusty las, w którym zwierzęta chowały się skutecznie przed człowiekiem.




– Czyżbyście zmierzali w tym samym kierunku, co my, Mistrzu? – zagadnął jeden z braci mnichów.




– Idę prosto przed siebie. W poszukiwaniu końca świata.




– To nie wiecie, Mistrzu, że już dawno udowodniono, że świat nie jest płaski i się nie kończy? – odezwał się drugi z braci, za co pierwszy skarcił go kuksańcem w bok.




– Darujcie mu, Mistrzu, ten niepotrzebny żart.




Mistrz machnął na to ręką, uśmiechając się serdecznie.




– Jesteście głodni, mistrzu? Mamy strawę, oraz wodę – zaproponował trzeci braci mnichów, pokazując zapasy w niewielkich rozmiarów pakunkach, które złożono u jego stóp, jakby to on przyjął na swe barki niewdzięczną rolę osoby rozdzielającej prowiant między sobą a towarzyszami drogi.




Mężczyzna ocenił rozmiary zaoferowanego poczęstunku. Ocenił także mnichów po ich wyglądzie z prędkością tkackiego czółenka, po czym cicho stwierdził w myślach, że ta ilość nie wystarczyłaby na sprawiedliwy podział.




Uniósł dłoń we wdzięcznym geście, jednocześnie kręcąc głową.




– Dziękuję, ale nie trzeba. Moja podróż dobiega już końca i myślę, że mogę dotrwać te ostatnie dni choćby w poście, aby mój duch stał się jeszcze silniejszy na spotkanie z Wiecznym Smokiem. Jestem w stanie iść dzień i noc bez jadła oraz wody. Moim pokarmem będzie słońce, a wodą gwiazdy. Przetrwam tak tyle dni, ile trzeba, a gdyby przyszło mi iść z wami, zdziwilibyście się, jak prędko potrafię przemierzać nogami.




– Jak cię zwą, Mistrzu? Wyglądasz na mistrza z buddyjskiego klasztoru, jak się patrzy. Wypada oczywiście, abyśmy to my przedstawili się jako pierwsi, gdyż to my zaprosiliśmy cię do naszego ogniska. Jestem Hao, mnich z klasztoru Lotosowych Dusz. A to moi klasztorni bracia, Lee, Wan, Li Ji i Xian. Zmierzamy na północ, w kierunku świątyni Xiaolin oddać hołd jego największym wojownikom. Jesteśmy ogromnie zaszczyceni móc tego dokonać i nie możemy wręcz się doczekać, aż już tam dotrzemy. Podróżujemy wiele dni, ale ta podróż nie zmorzyła nas ani razu. Dla wspaniałych bohaterów, którzy zmienili historię, oraz odmienili nasz kraj jesteśmy gotowi na każde poświęcenie.




Hao zbił dłonie ze sobą, zamykając jedną z nich w pięść. Uniósł ręce zamknięte w szlachetnym geście, wieńcząc swą wypowiedź, a w ślad za nim poszli jego bracia.




Mistrz uśmiechnął się do nich spode łba. Ponownie się im przyjrzał, ich ubraniom, oczom pełnym zapału, oraz wygolonym głowom. Sam przeczesał się ręką po czaszce, wzdychając, jakby od spoglądania na nich doznawał niekontrolowanego nawału wspomnień.




– To do świątyni Xiaolin zmierzacie… No proszę. Wielokrotnie tam byłem.




Słysząc to, mnisi ożywili się jeszcze bardziej.




– Naprawdę?




– Ano tak. Wspaniała świątynia zrodziła wielu wspaniałych wojowników. Mieści w sobie wiele wspaniałych historii. Również wiele smutnych.




– Mistrzu, nie chcę być nieuprzejmy, ale nadal nam się nie przedstawiłeś – wtrącił Li Ji.




– Ach, tak… Wybaczcie mi, że jakoś tak wyszło… Hm, moje imię, hm… Myślę, że skoro ochrzciliście mnie już przezwiskiem „mistrza”, to możecie kontynuować i zwracać się tak do mnie dalej. Nie obrazicie mnie, ani nie zgrzeszycie nienależytym pochlebstwem, gdyż mogę was w istocie zapewnić, że moje umiejętności są mistrzowskie. Kiedyś byłem mnichem jak wy, dziś jestem mistrzem, który musi przypominać sobie przed zaśnięciem, jak się nazywa.




– Czy możemy spytać, z której świątyni pochodzisz?




Uśmiech na twarzy Mistrza pogłębił się.




– Można powiedzieć, że pochodzę z każdej świątyni i każda ma w sobie odrobinę mnie.




Mnisi popatrzyli po sobie, gubiąc się w znaczeniu jego słów. Mistrz zarechotał, jakby dzielił się dobrym żartem.




– Myślę, że jeśli pobędziecie ze mną trochę, z łatwością odgadniecie kim jestem. Mówicie, że chcecie oddać hołd bohaterom Xiaolin. O jakich bohaterach mówicie?




– Jak to jakich! – zawołał Hao. – Chodzi oczywiście o czterech xiaolińskich smoków i dwóch wielkich mistrzów. Dzielny Mistrz Guan i Święty Mistrz Dashi!




– Dwóch wielkich mistrzów… – Czoło Mistrza pochmurniało. – Nigdy nie było tylko dwóch. Od zarania dziejów klasztoru istniała Trójca. Pominęliście trzeciego z mistrzów...




– Wiemy, o kogo chodzi – sprostował prędko Hao, obawiając się grozy ze strony przybysza. – Ale nie widzę powodów, dla których mielibyśmy go wspominać. Czy on na pewno jest bohaterem, który odmienił klasztor i nasz kraj? Czy aby na pewno winniśmy o nim wspominać i składać mu hołd? W końcu trzeci z mistrzów zdradził Xiaolin. Czy nie byłoby to oszczerstwem dla Mistrza Dashiego i Mistrza Guana, wspominając ich zdradzieckiego brata?




– Oszczerstwem dla nich jest właśnie zapominanie o ich trzecim bracie. Wierz mi, młody mnichu. Nie macie po co iść do klasztoru Xiaolin z takimi przekonaniami.




– Jak to?




Na moment zawisła niezręczna cisza, w której mnisi patrzyli po sobie, tracąc powoli zaufanie do przybysza, który nie tyle wprawiał ich w osłupienie, co plątał ich w słuchaniu słów zdającymi się zawiłymi fałszami. Mistrz jakby wyczuł gorzką treść ich myśli, toteż otulił się szczelniej swoim płaszczem. Towarzysząca mu laska z bambusu spoczęła w jego nogach.




– Jeśli chcecie iść do klasztoru Xiaolin, powinniście wpierw wysłuchać mojej historii – powiedział Mistrz. – Historii smoczych wojownikach Xiaolin i Heylinu. Myślę, że pełniejszy obraz powstrzymałby was przed szerzeniem tej okrutnej cenzury…




– Nikogo nie chcemy cenzurować – odparł Hao. – Po prostu nie rozumiemy dlaczego Mistrz Chase Young miałby zajmować to samo czcigodne miejsce w pamięci, co Mistrzowie Guan i Dashi.




Nieznajomy Mistrz pokiwał głową, uśmiechając się.




– Zatem niczego nie rozumiecie.




– Czego nie rozumiemy? Wybacz Mistrzu, ale w tym momencie niczym nas nie przekonujesz. Dlaczego mielibyśmy ciebie w ogóle słuchać?




– Jeśli takie macie zdanie, że mógłbym was oszukać, to może faktycznie nie powinniście mnie słuchać.




Mistrz chciał zebrać się i wstać. Przy jego lekkim poruszeniu pleców spod płaszcza wysunęło się nagle coś błyszczącego. Amulet, który Mistrz nosił zawieszony na szyi.




Mnisi zrobili oczy wielkie jak kamienie w rzece.




– To Oko Mistrza Dashi – powiedział Hao. – To Sheng Gong Wu…




– A to… – Mistrz spojrzał leniwie na swój talizman. – Tak, to faktycznie Sheng Gong Wu.




– Skąd to, Mistrzu? Przecież z tej potężnej broni zginął jej twórca, Mistrz Dashi.




– To pamiątka… z historii, której brałem udział. Pamiątka, której przysiągłem strzec. Czy mi się wydaje, czy zacząłem dostrzegać w waszych oczach ciekawość?




– Niewątpliwie jesteśmy ciekawi historii, którą pragniesz nam opowiedzieć – oznajmił Li Ji.




Mistrz zaśmiał się radośnie.




– Pozwólcie mi więc wam wyjaśnić, nim wejdziecie do klasztoru i zdziwicie się, dlaczego stoi tam tylko jeden pomnik. Wielki biały kamień z wijącym się na szczycie smokiem trzymającym w pysku wieczną lampkę, która poświęcona została właśnie Mistrzowi Chase’owi. m, Mam dla was naprawdę ciekawą i długą historię, młodzi wojownicy. Zbyt długą, by mógł nią nieść tylko jeden człowiek.




*







Chiny rok 512




Kobieta udała, że nie słyszy jak woła ją pokonana droga i namawia do opamiętania się. Wyzbyła się płaczu, wyglądała teraz jak sucha, stara deska, której twarz kroiły zmarszczki starości i strachu. Uciekła od ognia wojny, świstu strzał i pojękiwań smaganego żelaza i stali. Zapach krwi przewiał rześki wiatr od wschodu, niosąc słoną bryzę przywodzącą na myśl bezkresne morze. Jakże mogła się jednak opamiętać, skoro na jej barkach spoczywał trud wielkiej misji, ostatniego rozkazu, który musiała wykonać, by nie zbrudzić hańbą nieposłuszeństwa i tchórzostwa swego mandatu nieba? Dawno przestała słyszeć własny oddech, bicie serca stało się głuche. Jedyne, co do niej docierało i czego nadal pozostawała świadoma, to ciepło bijące od zawiniątka, trzymanego tuż pod piersią.




Zacisnęła ramiona mocniej wokół szmatek skrywających, coś cennego. Bijące od niego ciepło i niewinność, napędzały jej ciało życiodajną energią, nogi podnosiły niby skrzydła odwagi. Mimo zmęczenia przyspieszyła kroku, ciesząc się, że cel drogi coraz bliżej.




Przed nią otwierała się z wolna przestrzeń zaścielona bujnymi kępami wysokiej trawy i drzew. Mrok nocy ogarniał to miejsce słabiej niż część świata, z której umknęła. Ziemia spajała się w tym miejscu z niebem, iż kobieta doznała przykrego wrażenia, że zbłądziła i dotarła na koniec świata. Pewnie chciała, aby tak właśnie się stało. Miała nadzieję, że nie uda jej się odnaleźć później drogi powrotnej.




– Zniknąć tu i przepaść. To byłaby piękna śmierć.




Spojrzała na pakunek, który miała dostarczyć. Zmora obowiązku ocuciła jej świadomość jak wiadro zimnej wody.




– Ale nie dla ciebie.




Nieskończona zabudowa bramy wyrosła przed nią zanim się obejrzała. Drewniany szkielet wyzierał na powierzchnię i ostrymi kłami przecinał tło atramentowego nieba. Mur wyglądał jak drapieżnik, wysoki na parę metrów, obłożony gdzieniegdzie kamieniami i terakotą. Kobietę przeszedł dreszcz, jednak nie mogła teraz zawrócić. Bramę rozświetlały lampiony zawieszone na drewnianych łodygach wbitych w ziemię. Powietrze było w tym miejscu przedziwnie zimne i stało w miejscu. Bramę dwuskrzydłowe stanowiły drzwi, które w świetle pochodni przybrały koloru intensywnie niebieskiego jak niebo o południu.




Miękkimi niczym wata nogami zbliżyła się do nich, wspinając się po ulepionych z desek schodach. Mącił ją strach. Coraz mniej widziała przed sobą, a jej spragnione wody gardło zdawało się być ścierane jakby papierem ściernym przez każdy wypuszczany oddech. Ciekawość też ją zżerała. Co też czai się za bramą, jaki świat czeka po drugiej stronie? O tym miejscu krążyło wiele plotek i chętnie przekonałaby się, czy choć połowa z nich nie mija się z prawdą. Niestety tacy jak ona nie zasługują, by znaleźć się po drugiej stronie. Wpuszczano tam tylko wybrańców.




Rzuciła ostatnie spojrzenie na pustkowie roztaczające się za nią, na bezkres mroku z którego pochodziła. Upewniła się, czy jest sama i czy aby na pewno nikt jej nie śledził. Inaczej cały jej trud poszedłby na marne. Nie towarzyszył jej jednak nikt, prócz cierpliwie czekającej Chang’e*, gotowej w każdej chwili poprowadzić do Niebios po dywanie wyłożonym z puszystych obłoków.




Wolno klęknęła na schodach, zdejmując z siebie materiał przewieszony przez ramię. Ostrożnie położyła zawiniątko na kamieniu, nie za blisko bramy, ale nadal w świetle, by było dobrze widoczne. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że płacze.




– Tak mi przykro – powiedziała, sięgając dłonią do zawiniątka. Po chwili jej zniszczone trudem życia palce znalazły twarz małego dziecka; niemowlęcia, które spało, jak zabite, choć dopiero miało zacząć żyć.




Żadnymi innymi słowami nie umiała go pożegnać. Zapukała do przerastającej ją dwukrotnie bramy z całych sił. Gdy narobiła wystarczająco dużo hałasu, ciszę rozdarł płacz dziecka. Strach na nowo się w niej odezwał, nie czuła się już dłużej jak zjawa, która uchodzi, by poszukać sobie miejsca do skonania. Na samym końcu swej drogi odżyła z powrotem i zapragnęła uchwycić się tej energii jak świeżego oddechu po długich torturach. Pobiegła przed siebie, prosto w ramiona ciemności. Dała jej się połknąć jak groźnemu zwierzęciu, z który nie ma się siły walczyć. Odeszła bezwstydnie i bez żadnych wyrzutów sumienia, wierząc, że Niebiosa stoją dla niej otwarte, bo poświęciła własne życie, dla innego. Nawet jeśli to inne życie miało od tego momentu już zawsze unikać śmierci.







Rozespany Stary Mistrz wyjrzał za bramę, szukając gościa, który zakłócił jego miły sen. Od kilku dni źle spał, przeczuwając złe czasy, których oddech coraz wyraźniej czuł na swym karku. Stare lata dawały mu w kość i kuśtykał, choć zapewniał siebie i swoich uczniów, że nie brakuje mu siły, co zresztą nie raz udowodnił. Mimo to poruszał się wolno, a nocą nogi praktycznie odmawiały mu posłuszeństwa. W dłoniach dzierżył bambusową laskę, którą sobie pomagał, i którą wbrew pozorom potrafił sprać nie jednego twardziela na kwaśne jabłko.




– Pourywam gnojkom nogi, jeśli to znowu oni tak hałasują!




Jego przyjście pod bramę skłoniło wystraszone koty do wyjścia ze swych kryjówek. Pantera i Szpon otarły się o jego szatę. Stary Mistrz szybko rozpoznał, że tym razem hałas nie przypomina w niczym poprzednich. Odblokował zawiasy, pchnął ciężką bramę, starość strzeliła mu w kościach kręgosłupa, spod grubych, białych wąsów wypadło parę przekleństw. Stary wyjrzał zza bramę, a nie znajdującej żadnej żywej duszy, ponownie obrał hałas za bezczelny żart gówniarzy z pobliskiej wioski. Już gotów był pogrozić pustej przestrzeni swoją laską, aż płacz, który wcześniej słyszał, odezwał się na nowo.




Otworzył oczy szeroko ze zdumienia, kiedy zerknął w dół. Tuż przy jego stopach leżało i płakało małe dziecko. Mniejsze niż te, które nauczał. Nie miało krwi, ale wyglądało na tak drobne i młode, jakby dopiero co przyszło na świat. Ze zgrzytem w obolałych kościach Stary Mistrz skłonił się w dół, by podnieść swego gościa.




Malec ważył tyle, co nic. Wciąż płakał, prawdopodobnie z zimna, więc Mistrz szczelniej go do siebie przytulił. Okrył, by mu główkę, gdyby nie odzowna chęć, aby jak najlepiej się mu przyjrzeć.




– Coś ty za jeden, co… – Rozchylił kolejne poły kocyka, aby sprawdzić płeć dziecka. – Mały Smoku? Gdzie twoja mama?




Malec nie był zbyt rozmowny, więc Mistrz jeszcze raz wyjrzał się za bramę, by upewnić się, że dolina nie odsłania choćby zarysu jakiejkolwiek innej żywej duszy. Sytuacja była jasna. Ktoś podrzucił mu kolejną sierotę.




– Porzucono cię? Jesteś niechcianym, nieślubnym dzieckiem, czy może zbyt drogim na utrzymanie? Co, mały? Jak to z tobą jest?




Dokładnie obadał chłopca, w poszukiwaniu jakiś znaków szczególnych, ukrytych amuletów dających wskazówki co do jego tożsamości, srebra, albo chociaż listów. Nie znalazł niczego. Oprócz kocyka ten malec nie miał niczego.




– No cóż. Ja ci umrzeć nie dam, więc skoro los chce, byś zamieszkał tutaj…




– Shifu*!




Stary Mistrz omal nie wypuścił z rąk dziecka na to nagłe zawołanie. Odwrócił się. Lodowatym spojrzeniem zdzielił dwóch chłopców, którzy stali na nogach, zamiast być w łóżkach.




– Dashi, Guan! Wy dwaj mali gówniarze! Dlaczego nie śpicie Z tego co słyszałem, to nogi wam odpadają po treningu. Za mały wycisk wam dziś dałem?




Obaj chłopcy byli łysi i wysportowani, choć mogli mieć co najwyżej dziesięć lat. Wyglądali do siebie bardzo podobnie z wyglądu twarzy, nosili też podobne szaty, ale posturami różnili się znacznie. Jeden z nich był chudy jak patyk, drugi przywodził skojarzenie kuchennego obżartucha. Ten chudszy, imieniem Dashi, szybko wystąpił do przodu, kłaniając się uniżenie ze złączonymi przed sobą piąstkami.




– Wybacz nam. Usłyszeliśmy głośny płacz, więc przybiegliśmy sprawdzić, co to…




Stary Mistrz pokazał, co trzymaw rękach, i co szczęśliwie nie płakało od paru chwil.




– Dziecko! – pisnął Dashi.




Wraz z Guanem podeszli bliżej, by lepiej przyjrzeć się czemuś, co jawiło im się niezwykłym okazem.




– Chłopiec, czy dziewczynka? – spytał Guan.




– Chłopiec.




– A wygląda jak dziewczynka.




– Skąd ty możesz wiedzieć, jak wyglądają małe dziewczynki? – zarzucił Dashi.




– Przypuszczam, że właśnie tak.




– Skąd on się tu wziął, Shifu? – zapytał Dashi.




– Ktoś go podrzucił. Raczej nie dowiemy się kto.




– Zostanie z nami?




– A po co? – wtrącił Guan.




– No a co innego mamy zrobić? – obruszył się Dashi. – Przecież go nie wyrzucimy, prawda, Shifu?




– Widzę, że już go polubiłeś. Nie, nie wyrzucimy go. Dashi, Guan. Przedstawiam wam waszego nowego, młodszego brata. Jak podrośnie i wykaże predyspozycje, może będzie się z wami szkolił na smoczego wojownika.




Ucieszony Dashi podskoczył. Guan nie podzielał jego entuzjazmu. Zazdrosnym okiem spoglądał na nowego brata, jak na źródło kłopotów.




– Ma jakieś imię? – spytał Dashi.




– Jeszcze nie. Z tym również poczekamy, aż podrośnie i nauczy się myśleć, wybierze sobie sam imię. Nie ma co nazywać dziecka, którego nie znamy. Wołajmy go Trzeci Brat, tak będzie najtrafniej.




– Zabawne – pomyślał nagle Dashi. – Nie tak dawno mówiłem sobie, że fajnie byłoby mieć siostrę. Dostałem nowego brata.




– Jeszcze nic nie stracone – burknął Guan. – Z niego nadal może wyrosnąć dziewczynka.




Guan wyciągnął palce, by trącić niemowlaka, ale Stary Mistrz migiem odtrącił go niczym natrętną muchę.




– Nie ruszajcie go, bo zasnął. Jutro jeden z was pójdzie do pobliskiej wioski i poszuka dla niego jakiejś mamki Będzie potrzebował pożywienia, więc postaracie się znaleźć kobietę, która nie dawno urodziła. Jeśli się nie uda, poszukamy w innych wioskach.




– No, to w takim razie trzeba się wyspać – powiedział Dashi. – Chodź, Guan, idziemy.




Dashi wziął brata pod ramię i już miał z nim czmychnąć, ale Stary Mistrz był cwańszy.




– Zaraz, zaraz. Skoro byliście tacy czujni w nocy, to wątpię, by teraz sen was szybko dopadł. Dwanaście rund wokół klasztoru. Potem możecie się położyć spać.




Chłopcy zawyli z zawodu i niechęci, ale nie mogli się buntować. Nie przystało sprzeciwiać się Mistrzowi. Zwłaszcza, że ten nigdy nie zapominał, jak posługiwać się swoją bambusową laską. I tak nie w głowie im były sprzeciwy, nauczeni aż za dobrze zasad panujących w klasztorze. Mogli czuć się szczęściarzami, że trafili właśnie do tego, a nie innego klasztoru zwanego Xiaolin, w którym przystało im zgłębiać buddyjską wiedzę i ścieżki smoczych mędrców. Również pozbawieni innego dachu nad głową i rodziny, byli wdzięczni losowi, a także zaszczyceni, mogąc uczyć się od samego Starego Mistrza, który sprawiał wrażenie, jakby zbudował świat i zna jego każdą tajemnicę. Stary Mistrz powiedział im, że trafiwszy do tego miejsca, mają szansę stać się kiedyś Smoczymi Mnichami Wojownikami, cokolwiek kryło się za tą nazwą. Ich los miał podzielić nowy brat, jedna z wielu sierot, której udało się przeżyć burzliwą noc roku 512, w której Chiny także płakały krwią wyżynających się ludzi. Chłopów, wojowników i władców. Xiaolin uchodziło za najbezpieczniejsze miejsce w tamtym czasie, jednocześnie tak ukryte na pustkowiu, do którego nie sięgał wzrok Cesarza..







*







Szmaragdowe oczy czarnego kota włóczącego się po kangu błyszczały jak świetliki i ani na moment nie opuszczały mamki sprowadzonej do klasztoru. Z podobną do niej zawziętością trzymał w łapach schwytaną ofiarę. Mały wróbel dawno zmęczył się szlachetną batalią ze swym oprawcą i teraz grzecznie, i z udawanym spokojem, czekał na smutny koniec swego krótkiego żywota. Wybałuszonymi oczkami spoglądał na kota z cichą prośbą, aby odgryzł mu łebek jak najszybciej, nim serduszko eksploduje mu od uderzeń paniki. Oprawca jednak całą swą uwagę przeniósł na obcą kobietę,, która zagościła o poranku w domu jego karmicieli.




Była przy kości, z pewnością posiadała przy sobie dużo jedzenia, pochowanego gdzieś w starych szatach. Twarz miała pulchną i białą, zapewne od spożywania dużej ilości mleka. Nawet nosiła w sobie mleko, jak zauważył. Przy piersi trzymała młodego ludzkiego kociaka, a wokół dostępu do niej strzegli czcigodni, dobrzy dwunodzy, którzy nigdy nie poskąpili jedzenia. Na co komu wróbel na śniadanie, skoro ewidentnie serwowane było coś lepszego?




– Pantera! Zostaw to biedne stworzenie! – zawołał Dashi, w mig przepędzając kota.




Drapieżnik sygnał na dwunoga, o którym jeszcze chwilę temu miał dobre zdanie. Czmychnął pod stół, zostawiając oszołomionego wróbla. Ptak zaczekał parę sekund, jakby upewniając się, czy aby na pewno jest wolny. Po chwili zerwał się do lotu.




Nici z jedzenia, jak popatrzył smutnie kot. A co z mlekiem?




Nowy brat odwdzięczył się za okazanie mu miłosierdzia płakaniem przez całą noc. Stary Mistrz, który postanowił go strzec, nie zdołał zmrużyć oka, przez co rankiem wyglądał jak siedem nieszczęść, niosące sine worki wielkości dziecięcych piąstek pod oczami. Podpierał się laską niczym chylące się do ziemi drzewo. Dwaj mnisi, Dashi i Guan, wydawali się z kolei niezwykle ożywieni całą sytuacją. Stary Mistrz próbował ich wygonić, by nie oglądali żadnej nagiej części ciała kobiety, jednak ci za nic nie dali się przepędzić pod pretekstem potrzeby sprawowania dodatkowej pieczy nad nowym bratem.




Kobietę sprowadził Dashi, który znalazł ją u domu starego handlarza ziół, który poślubił ją, gdy minęło jej zaledwie czternaście wiosen. Niedawno powiła swoje trzecie dziecko, więc jej doświadczone piersi były długie i wielkie, oraz pełne mlecznego pokarmu dla niemowląt. Za opłatą zgodziła się pomóc wykarmić nową sierotę klasztoru, który ciągnął pierś niby cielak, głodzony przez więcej niż dzień.




– I nic nie wiecie, Mistrzu, kto go tu wam zostawił? – spytała gruba kobieta. Siedziała na niskim krzesełku pod oknem zasłoniętym przez bambusową żaluzję. Mimo to duchota bijąca z podwórka dobijała się do wnętrza izby, skraplając ludzkie ciała kropelkami potu.




– Niestety. Ludzie chyba nauczyli się, że skoro przygarnąłem dwóch chłopców, to można podrzucać mi każde niechciane dziecko. Dobrze, że chociaż niesprawiedliwie plotki ustały.




– Ludzie są bezczelni. Skoro dziecko jest kłopotem, trzeba było przerwać ciążę wcześniej. Są na to sposoby. A jeśli już się urodziło, to trzeba je było zakopać, niż podrzucać komuś własny kłopot. Nie myśleliście, Mistrzu, żeby go zakopać?




– Nie wolno mi pozbawiać życia nowonarodzonych – odparł sztywno Stary Mistrz, puszczając szybko w niepamięć gwałcącego jego światopogląd słowa. – Poza tym, wierzę, że to opatrzność Niebios chciała, aby w murach klasztoru znalazł się jeszcze jeden zdrowy, chłopiec. Myślę, że może mieć on kiedyś zadatki na ucznia…




Wnet rozległ się głośny plask. Otwarta dłoń kobiety trzasnęła dziecko w główkę, na co te odpowiedziało wrzaskiem.




– Ała, ty pijawcze, chciwe nasienie!




Starego Mistrza powtórnie rozbolały uszy od płaczu. Nigdy nie miał zadania wychować aż tak młodego dziecka, przeto głowił się, czy na pewno podoła przypadkowego zadaniu. Całe szczęście Dashi i Guan byli na tyle dorośli i dobrze wychowani, że kwapili się mu pomóc, choć Guan z mniejszym zapałem. Całe szczęście też, że znaleźli mamkę, która pomoże malca wykarmić i nauczy owijać w pieluszki. Na jego nieszczęście z kolei, kobieta miała tendencje do nadużywania przemocy jako metody „dobrego wychowania.” Jeszcze z parę razy sprała malca, za to że się rozpłakał i nie chciał przestać, aż wcisnęła mu siłą brązową, tłustą brodawkę z powrotem do ust.




– Oj czuję w kościach, że ten tutaj przysporzy wam sporo kłopotów, Mistrzu. Charakter bachora rozpoznaje się tuż po jego narodzeniu. Jeśli jest głośne, dużo płacze i chce dużo jeść, to zapowiada się awanturnik. Łobuz, z którym nie obejdziecie się, bez lania.




– Być może.




– Mogę go karmić do roku, ale potem na mnie nie licznie. Mam własne potomstwo, którym muszę się dobrze zająć. Mój głupi mąż ciężko pracuje, więc muszę radzić sobie sama. Ostatnio mu się jeszcze zachorowało i na sprzedaży placków nie zarabia zbyt wiele srebra. Przeklęty nieudacznik!




– Doskonale rozumiemy i jesteśmy ci bardzo wdzięczni. Wielki Smok Yin-Yang pobłogosławi cię za twoją dobroć i poświęcenie. Ja ze swej strony, zgodnie z naszą umową, zapłacę ci za każdy twój dzień tutaj.




– Jesteście niezwykle hojni, Mistrzu. Z całą pewnością nie będzie wam to zapomniane w Niebiosach.




Mamka i Mistrz wydawali się uradowani. Tylko oczy małego chłopca pozostały wilgotne, wielkie i błyszczące. Drżały jak dwa wypucowane klejnociki, w których tlił się strach, grzały obawy z bólem.




Kot, znudzony obserwowaniem samolubnych człeków, wreszcie zdecydował się dopaść z powrotem swoją ranną ofiarę, która nie uleciała daleko. Tym razem od razu odgryzł wróblowi głowę. Jasna, ciepła krew pobrudziła powierzchnię kangu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tabs

Chase Young

1500 lat temu Chase Young był jednym z mnichów klasztoru Xiaolin oraz kandydatem na xiaolińskiego smoka. Przeszedł na stronę zła po tym, jak Hannibal Roy Fasolka nakłonił go do wypicia zupy Lao Mang Long. Mikstura zwielokrotniła siły Chase'a i zapewniła mu wieczną młodość, lecz odbyło się to za straszliwą cenę - został on pozbawiony duszy i stał się całkowicie zły. Wkrótce po swojej przemianie Young pozbył się Hannibala, więżąc go w świecie Ying-Yang (w którym miał pozostać uwięziony jeszcze przez półtora tysiąclecia).

Chase'a Younga cechuje duma i wiara we własne umiejętności. Wiąże się z tym również pogarda, jaką żywi wobec innych, uważając ich za słabeuszy. Chase jest prawie zawsze poważny, a błazeństwa Jacka uważa za irytujące.

W odróżnieniu od pozostałych Chase nie jest zainteresowany gromadzeniem Sheng Gong Wu, do których odnosi się z lekceważeniem, wyznając pogląd, iż prawdziwy wojownik powinien polegać na własnej sile.

Mimo że jest postacią negatywną i wielokrotnie manipuluje innymi w dążeniu do celu, kieruje się swego rodzaju kodeksem honorowym, przez co zawsze dotrzymuje danego słowa.
Kimiko Tohomiko
O Kimiko
Heylin & Xiaolin
O Heylnie słów kilka O Xiaolinie słów kilka

Wszelkie zamieszczone na stronie teksty stanowią wyłączną własność ich autorki – Layali. Kopiowanie, zmienianie i rozpowszechnianie tekstów w innych celach niż użytek własny jest zabronione i podlega karze zgodnie z: Dz. U. Nr 24, poz 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
layout by Rinne Lasair